W mediach regularnie wraca prosty przekaz:
rośnie liczba kredytów mieszkaniowych, więc Polacy znów masowo kupują mieszkania na kredyt.
Problem w tym, że to uproszczenie.
Jeśli zajrzeć głębiej do danych i metodologii, widać, że wzrost aktywności na rynku kredytów mieszkaniowych nie oznacza automatycznie takiego samego wzrostu nowych kredytów na zakup nieruchomości. Coraz większą rolę odgrywa tu bowiem refinansowanie.
I właśnie tu trzeba coś wyprostować.
BIK w swoich analizach rynkowych wskazuje wprost, że refinansowania stanowią już 30% miesięcznej akcji kredytowej. To bardzo dużo. Taki udział oznacza, że znacząca część „ruchu” widocznego w statystykach nie musi dotyczyć nowych decyzji zakupowych, ale przenoszenia istniejącego zadłużenia do innego banku na lepszych warunkach.
To zmienia sposób czytania rynku.
Dodatkowo warto pamiętać, że głośno cytowany BIK Indeks Popytu na Kredyty Mieszkaniowe nie pokazuje w prosty sposób:
„ilu klientów właśnie kupuje mieszkanie”.
Ten wskaźnik odnosi się do wartości zapytań o kredyty mieszkaniowe oraz liczby osób wnioskujących. Mierzy więc zainteresowanie finansowaniem i aktywność wnioskową, ale nie powinien być traktowany jako czysty licznik nowych zakupów mieszkań. Tym bardziej nie pokazuje w prostym medialnym skrócie, jaka część dotyczy zakupu, a jaka refinansowania.
To ważna różnica, bo właśnie tutaj najczęściej zaczyna się nadinterpretacja.
Nagłówek mówi:
„rośnie popyt na hipoteki”.
Odbiorca rozumie:
„Polacy znów ruszyli po mieszkania”.
Tymczasem prawdziwszy wniosek brzmi:
rośnie aktywność na rynku kredytów mieszkaniowych, ale jej istotną część stanowią refinansowania, więc nie wolno tego czytać jako prostego powrotu silnego popytu zakupowego.
Również dane NBP pokazują, że banki luzowały część warunków i jednocześnie rosło zainteresowanie kredytami mieszkaniowymi. To jednak wciąż nie daje podstaw do prostego stwierdzenia, że cały rynek napędzają nowi kupujący. Między „więcej dzieje się w hipotekach” a „wszyscy znów kupują mieszkania” jest spora różnica.
Z perspektywy klienta wniosek jest prosty:
nie warto podejmować decyzji finansowej pod wpływem medialnego wrażenia, że trwa jednoznaczny boom.
Bo jeśli znaczną część wzrostu stanowią refinansowania, to znaczy, że część klientów nie wchodzi dopiero na rynek, tylko porządkuje lub poprawia warunki już istniejącego kredytu.
A to są dwie zupełnie różne historie.
Dlatego my patrzymy na takie dane ostrożnie.
Nie pytamy tylko: „czy liczba hipotek rośnie?”
Pytamy raczej:
„co dokładnie rośnie, co mierzy wskaźnik i co naprawdę z tego wynika dla klienta?”
I dopiero wtedy można mówić o rzetelnej informacji.

